niedziela, 30 grudnia 2012

"Speak the truth, even if your voice shakes"

  Jest 30 grudnia i siedze sobie w starbucksie, przedwczoraj wrócilam z Kanady i mam jeszcze wolne do poniedziałku  Najśmieszniejsze jest to, ze będąc w Kanadzie tak się zrelaksowałam, ze nawet mnie brzuch nie bolał, ale kiedy przekroczyłam granice z USA to momentalnie poczułam ukłucie w żołądku i ta myśl - wracamy. Co tu dużo mówić wraz z Patrycja pojechałyśmy tam żeby nie spędzać świat z rodzinami. Ja bym ich nawet zbytnio nie miała bo musiałabym pracować. Tydzień temu dostałam od nich prezent świąteczny, a za tydzien poinformuje ich o mojej decyzji.
  Zycie operki polega na życiu od weekendu do weekendu, polega na jechaniu 25 minut tylko żeby spotkać się z koleżanką, polega na kawie ze starbucksa bo milo i internet jest wiec nie trzeba siedzieć w domu, polega na byciu cierpliwym gdy dzieciaki, rodzina itd. dają jej popalić, polega na wspieraniu innych operek, które sa w podobnej sytuacji jak ona, bo nikt tak nie zrozumie operki jak inna operka, polega na skypowaniu z rodzina lub przyjaciółmi  polega na albo oszczędzaniu kasy i w takim wypadku na nie posiadaniu życia towarzyskiego albo na nie oszczędzaniu i w związku z tym na nie podróżowaniu... można by tak wymieniać bez końca.
  Prawie pół roku w Stanach...minęło dosyć szybko i niedługo się skończy. Skończę swój "amerykański sen"  z hukiem coś mi się tak wydaję, ale mam to gdzieś szczerze mówiąc, muszę się stąd wydostać  Co ciekawe nigdy w życiu nie spodziewałabym się przed wyjazdem, że tak wszystko się potoczy. Wyśmiałabym osobę, która powiedziałaby mi, że pójdę w rematch. A jednak stało się, trafiłam do rodziny, w której dzieci mają życie jak roboty, a praca au pair polega na sprzątaniu, praniu itd. Powtórzę to jeszcze raz, do Stanów jechałam z innym zamiarem, z innym nastawieniem - jedno dziecko, samotna matka, Denver. Tak miało być  a nie rodzinka z trójką dzieci, z babcią z piekła rodem, na zadupiu...
A oto zdjęcie z wycieczki!






  

piątek, 14 grudnia 2012

"You can never make the same mistake twice"

  


  Wiem, jestem typem narzekającym. Każdy przecież jest inny! Duszę się tutaj!! Dni tak wolno lecą, szczególnie jak sobie coś człowiek zaplanuje, ehh. Nie chciałabym nikogo zniechęcać do wyjazdu jako au pair, ale naprawdę trzeba się POWAŻNIE nad tym zastanowić  Nie jest łatwo mieszkać w obcej rodzinie, która tylko udaje, że traktuje cię jako członka rodziny. Ciężko zajmować się dziećmi  które mają cię w dupie i są dla ciebie niemiłe. Niestety one nie zdają sobie sprawy z tego ile poświęciłaś żeby tu przyjechać  nie zdają sobie sprawy, że jesteś tu bez przyjaciół i rodziny. Nie wiem jak większość z Was trafiła, ale z jeśli chodzi o moją rodzinę to ja jestem głównie od porannego i wieczornego sprzątania kuchni, bo hostka mi raz powiedziała tak: "Nie wiem czy będę brała jeszcze au pair po tobie, bo tak naprawdę potrzebuje au pair w poniedziałki i wtorki rano, ale przecież w ostateczności mogłabym ogarnąć tą kuchnię po tym jak wracam do domu" - wniosek chyba logiczny. Jak chcecie zobaczyć Stany to uzbierajcie na wycieczkę na to samo wyjdzie, serio.
   Tak naprawdę moje życie ogranicza się obecnie do wolnej soboty, bo w zasadzie każdą niedzielę pracuję. W tygodniu mam wolne od 9 do 14.30 i co ja mam wtedy robić ?? Nic nadzwyczajnego prawda? Nawet jeśli gdzieś wyjdę to mam tą świadomość  że muszę tego dnia jeszcze pracować ..co to za życie? Chora egzystencja od do. Życie au pair jest nudne i żałosne, czasami poniżające nawet. Nie ma się co oszukiwać  rodziny nas wykorzystują, jesteśmy tanią siłą roboczą a te marne 200 dolarów jest niczym. Będą jeszcze w Denver jeden pan zapytał "To ile masz na tydzień? 500 dolarów?" ...  Żal, żal, żal. A opinie o samych operkach w Stanach też nie są najlepsze, że przyjeżdżają po jedno, ale ziarenko prawdy w każdej plotce jest. Ktoś musiała wyrobić taką opinię.
  Na samą myśl o powiedzeniu hostce o mojej decyzji, mam ból żołądka, i tak go mam od jakiegoś czasu, ale teraz jest on jakby silniejszy. Wiem, że muszę, muszę to zrobić, bo inaczej co? miałabym zostać, o nie! Za 3 tygodnie jej powiem, za 3 tygodnie jej powiem, za 3 tygodnie jej powiem. Już kurna chcę mieć to za sobą, czemu to musi być takie trudne?

czwartek, 6 grudnia 2012

"You could make a wish or you could make it happened"





  Jestem typem domownika, lubię być sama ze sobą, może dlatego, że jestem jedynaczką. Dlatego jest dla mnie rzeczą naturalną siedzieć w domu z moim laptopem i moimi serialami, brzmi to może smutno i fajnie byłoby mieć that special someone. Do czego zmierzam, dzięki mojej naturze, udaje mi się zaoszczędzić naprawdę sporo kasy ostatnio, bardziej mnie to cieszy bo wiem, że dzięki temu będę mogła kupić bilet do domu. Jeszcze trochę i powiem rodzinie o tym, będzie to niezbyt miła rozmowa i na pewno zaskakująca dla mojej hostki, jak z nią rozmawiałam w piątek (co piątek mamy rozmowy) to pytała się kiedy dokładnie tu przyjechałam bo nie wie czy będzie chciała kolejną au pair. Ci ludzie, powtarzam to po raz kolejny, nie potrzebują au pair, a osoby która ogarnie kuchnie po pieprzniętej babci, która swoją drogą po raz kolejny się przyczepiła - nieważne. Pisząc to mam taką ciężką klatkę piersiową, tyle emocji we mnie jest i mimo to, że ćwiczę codziennie i tańczę to wciąż we mnie siedzą te złe i negatywne emocje. Lubię moją hostkę bo jest czasami naprawdę śmieszna i host mimo, że jest gdzieś tam z boku to też jak sypnie jakimś żartem to można z krzesła spasc.
  Byłam w miniony weekend w Waszyngtonie, w końcu! Mieszkam na wschodnim wybrzeżu już 3 miesiące a dopiero teraz się tam wybrałam, tylko godzina drogi hahaha. W każdym razie pojechałam tam z Niemką i Japonką. Jak na to, że mamy grudzień to pogoda była wyśmienita. Poszłyśmy do najważniejszych miejsc w DC a także do Muzuem Holacaustu - niezapomniane przeżycie.










Czyżby YouTube?

Ponieważ ten blog nadal istnieje w czeluściach Internetu, postanowiłam umieścić na nim kilka nowych informacji dotyczących moich poczynań. A...