Jutro minie tydzień odkąd jestem w nowej rodzinie, co tu dużo mówić z każdym dniem czuję się coraz lepiej. Jest tu na pewno więcej pracy, ale nie czuję jakby to była praca, robię wszystko z przyjemnością czego nie mogę powiedzieć o Denver. Dzieciaki są świetne, pomagają mi i tłumaczą wszystko, szczególnie chłopiec. Zależy oczywiście od wychowania, ale porównując wiek dzieci, im starsze tym lepsze tak mi się wydaję, ja mam dziewięciolatka i dwie ośmiolatki więc uważam, że ten wiek jest bardzo dobry. Pierwszy dzień był trudny, był to poniedziałek i praktycznie nic nie wiedziałam, jak co wygląda, jestem typem osoby, że najlepiej jakbym od razu wiedziała co i jak zrobić, jestem perfekcjonistką i drażni mnie, gdy nie wiem co trzeba zrobić, jaki jest następny krok, ale już dzisiaj było o niebo lepiej. Tak zwanym "pain in the ass" była na początku babcia, która nie ma skrupułów wyrażenia swojej opinii na jakiś temat np. na temat mojego prowadzenia samochodu, ale wczoraj coś jakby się zmieniło i zaczynam się do niej przekonywać, jest bardzo wymagająca i nie chce żebym traciła czas podczas mojej pracy. Porównując rodzinę z Colorado a rodzinę z Maryland, wait! Nie można ich nawet porównac, bo rodzina u której jestem jest wspaniała, hostmum jest niesamowicie miła a hostdad jest równie miły i do tego śmieszny i cały czas chodzi bez koszulki ;) I ma na imię tak jak mój przyszły syn, Brendan :) Dom jest wielki, jest basen i ogromny teren dookoła łącznie z lasem. Mój pokój jest w piwnicy, co mi nie przeszkadza bo mam w pokoju pewne urządzenie, które pochłania nieprzyjemny zapach z piwnic.

Wszędzie trzeba jeździć samochodem bo wszędzie jest daleko, a mój plan tygodniowy wygląda następująco: każdego dnia budzę się ok. 6.15 żeby spokojnie zjeść śniadanie, o 7 mam zacząć, ale staram się być wcześniej przed babcią żeby ustawić talerze na stole i przygotować owoce, które dzieci muszą jeść codziennie, szykuję lunchboxy dla każdego, w tym czasie przychodzi babcia i zazwyczaj to ona robi cześć na ciepło, przygotowuje szczoteczki do zębów i czeszę włosy dziewczynek. Dzieci każdego dnia rano muszą grac na pianinie, śpiewać i uczyć się hiszpańskiego co robią zazwyczaj przed śniadaniem, po śniadaniu jedno z rodziców zabiera je do autobusu szkolnego, ja w tym czasie sprzątam, ścielę łóżka i robię pranie. Potem mam wolne do 2.30, kiedy to mam za zadanie przygotować snacks dla dzieci, bo gdy je odbieram nie jedziemy do domu, tylko na tenis albo pianino, więc w tym czasie dzieci jedzą podwieczorek. Jeżdżenie z punktu A do punktu B zajmuje ok. 30min więc moja praca popołudniu głównie polega właśnie na tym, czasami, gdy np. chłopiec gra w tenisa, dziewczynki muszą zrobić pracę domową. W drodze do domu dzieci muszą czytać książkę, ok 15min dziennie. Po powrocie jemy kolację i po kolacji pomagam sprzątać.
Tak więc moje drogie dzieci trafiłam bardzo dobrze, nie chcę też zapeszac, ale ta rodzina jest cudowna jak narazie i uważam, że nie było mi dane mieszkac w Denver, nie czułam się tam dobrze, owszem miałam koleżanki, które mnie wspierały, ale cała otoczka sprawiała, że czułam się niepotrzebna, niechciana, szczególnie w ostatnich dwóch tygodniach.
"Being unwanted, unloved, uncared for, forgotten by everybody, I think that is a much greater hunger, a much greater poverty than the person who has nothing to eat."
Matka Teresa z Kalkuty