Pokazywanie postów oznaczonych etykietą guimar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą guimar. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Get lost in nature and you will (find yourself) quite possibly die

Jak wspominałam we wcześniejszym poście, w październiku wybrałam się na krótkie wakacje do Puerto de la Cruz na Teneryfie w archipelagu Wysp Kanaryjskich. Jak się okazuje nazwa wysp pochodzi od łacińskiego słowa canis - pies, ponieważ kiedyś na wyspach grasowały stada dzikich psów. Od jakiegoś czasu marzył mi się ciepły klimat, ocean i palmy. Któregoś dnia mój D. niechcący napomknął coś o wycieczce, więc ja podtrzymałam temat. Nie ważne gdzie, powiedziałam, ważne żeby były ciepło i żeby był basen. Razem znaleźliśmy dosyć dobry deal (Thomas Cook), hotel 4 gwiazki, nad samym oceanem, z basenem oczywiście, w cenie lot tam i z powrotem i transfer z/na lotnisko. Kupujemy! i tak 22 października, zostawiliśmy deszczową Anglię i nasz "mały" zapierdziel w pracy, niech giną, powiedziałam.


Lot trwał aż cztery godziny, było to dla mnie do tego bardziej męczące, ponieważ od rana  nie czułam się za dobrze. Poza tym były straszne turbulencje i miałam cykora, ale pilot później zapowiedział, że więcej planowanych turbulencji nie będzie, i nie było. Na lotnisku musieliśmy znaleźć przedstawiciela naszej agencji, który później pokierował nas do odpowiedniego stanowiska autobusowego. Z lotniska do Puerto de la Cruz jechaliśmy ponad godzinę, ale widoki były piękne i szybko mi zleciało. Powietrze było zupełnie inne niż w Anglii, było gorąco i duszno. Lotnisko leży na południu wyspy, gdzie roślinność jest bardzo uboga, natomiast Puerto de la Cruz jest na północy, i tam było przepięknie, krajobraz wyglądał całkowicie inaczej. Hotel, w którym się zatrzymaliśmy to Beatriz Atlantis, dostaliśmy pokój na trzecim piętrze, od ulicy...Poszłam do recepcji zgłosić, że chciałabym zamienić ten pokój na pokój z widokiem na ocean, Pani poinformowała mnie że tam ileś więcej muszę dopłacić za noc, wyszłoby 100euro w sumie. Co? Myślała, że powiem, nie dziękuje? Ale okazało się, że nie mają wolnych pokoi z drugiej strony. Trudno. 


Cały pobyt źle mi się tam spało, coś dziwnego było w tym pokoju, jakaś zła aura, jakieś żyły? Mój D stwierdził, że ktoś tam musiał umrzeć...nie ma to jak pocieszenie chłopa. Pierwszy dzień spędziliśmy w Loro Parque, jest to ogród botaniczno-zoologiczny. Poza zwierzętami, które można było zobaczyć na wybiegach, niemałych wybiegach, żeby nie było, to były również pokazy orek i delfinów. Niezapomniane przeżycie. Były też pingwiny, to mi się chyba najbardziej podobało, to w jakich warunkach sobie tam żyją, wszystko jest dopracowane na tip top. 







Kolejny dzień spędziliśmy przy hotelowym basenie i na plaży, a także trochę relaksu zażyliśmy w hotelowym spa. Na drugi dzień naszym celem były piramidy w Guimar, oddalone o prawie dwie godziny autbusem od Puerto de la Cruz. Na całym świecie jest pełno piramid różnego rodzaju, jest ich tak wiele, że człowiek zaczyna się zastanawiać, że te piramidy muszą mieć jakieś głębsze znaczenie w naszej cywilizacji, i może mają przekazać nam jakąś ważną wiadomość. W Guimar było gorąco, więc oglądanie całego terenu tych piramid nie lada mnie wykończyło, ale zobaczyłam pierwsze w swoim życiu piramidy. Mam nadzieję, że na nich się nie skończy.







Któryś dzień zaplanowaliśmy na zobaczenie wulkanu, a właściwie wjechanie na ów wulkan o nazwie El Teide. Autobus, który zabrała nas z Puerto jechał prawie 2 godziny, ale jechał takimi krętymi drogami i w górę aż 2250m. Bałam się, miałam wizje, że zaraz na następnym zakręcie nie wyrobimy i spadniemy, oczywiście mój D spał, typowe. No jakoś dojechaliśmy do kolejki, która dopiero zabierała na szczyt wulkanu, a zimno było jak cholera! D ustawił się w kolejkę po bilety, a ja weszłam do sklepiku licząć na cieplejszą odzież, znalazłam! Czapunie, rękawice i skarpety, kiedy już ekspedientka wydawała mi paragon, przyszedł D mówiąc, że nie wjedziemy bo wiatr jest zbyt silny. Jako, że autobus mieliśmy dopiero o 16! a była 12, postanowiliśmy pospacerować po okolicy. Krajobraz był niesamowity, wszystko jak z innej planety. D wymyślił, żeby pójść zobaczyć "te skałki!" więc go posłuchałam (how stupid could I be?) szliśmy i szliśmy, robiło się cieplej, a te skałki w ogóle się nie przybliżały. Powiedziałam dosyć tego, musimy wracać, bo autobus nam spier...spieprzy. Zeszłam ze szlaku, co nie było zbyt mądre, bo tabliczki wyraźnie mówiły, żeby nie schodzić ze szlaku, bo gdzieniegdzie są gniazda pszczół. Ciężko było iść przez te wszystkie krzaki, ale jakoś doszliśmy do drogi i już szliśmy wzdłuż niej i po drodze znajdowała się zastygnięta lawa chyba z 1700, któregoś roku. Byłam taka zła i zmęczona, więc sobie usiadłam i nie chciałam już dalej iść, bo oczywiście ten mnie wyciągnął, no ale jakoś dotarliśmy do celu. Oczywiście wracając z powrotem autobusem, znowu miałam wizje śmierci. A on spał.







W ostatni dzień poza pakowaniem, chciałam zrobić coś więcej, zatem wybraliśmy się do ogrodu botanicznego, a ten mój, zakatarzony po wyprawie na wulkan, cały czas marudził, ale jakoś to przeżył. Ogród był naprawdę fajowy, tyle różnych roślin, kwiatów i palm z całego świata.











Czyżby YouTube?

Ponieważ ten blog nadal istnieje w czeluściach Internetu, postanowiłam umieścić na nim kilka nowych informacji dotyczących moich poczynań. A...